Ta strona używa plików cookies (ciasteczka) w celach statystycznych oraz by zwiększyć komfort korzystania z serwisu.     [x] zamknij

Internet jako doradca inwestycyjny

Wyłonienie się Internetu jako dostawcy opinii i treści, zwykle niezależnych lecz okazjonalnie tylko posiadających wysoką jakość, wzmocniło stary dobry nawyk, aby nie brać wszystkiego za dobrą monetę. Chodzi oczywiście o tysiące komentatorów rynku czy ekonomistów (nazwijmy ich blogerami, choć ściśle rzecz biorąc nie wszyscy oni prowadzą blogi), którzy swym życiowym powołaniem uczynili skomentowanie każdego fragmentu ekonomicznych czy rynkowych wieści. Na podstawie artykułu Nielsa Jensena, który ukazał się w „Business Insider”.

Oczywiście, należy uznać fakt, że wielu blogerów wykonuje zasługującą na szacunek pracę i ich serwisy z pewnością są potrzebne jako antidotum na promujące siebie banki inwestycyjne, które robią co w ich mocy – i zawsze będą robić– aby popyt cały czas się zwiększał. Tym niemniej, tak jak banki mają skłonność do zbyt pozytywnego obrazu świata, tak blogerzy są z góry negatywnie nastawieni, co oznacza, że w obu obozach istnieją silne uprzedzenia.

Jeszcze większy problem stwarza fakt, że większość blogerów nie zarządza pieniędzmi. Mówienie nic nie kosztuje, kiedy nie pociąga za sobą odpowiedzialności.

W późnych latach 90. zarządzający fund manager Tony Dye stał się znany dzięki uporowi, z jakim podkreślał, że wartość rynku papierów wartościowych jest bardzo mocno zawyżona. Jego pracodawcy zaczęli tracić klientów i koniec końców stracili cierpliwość zwalniając Tony'ego w lutym 2000 r. Dye był fund managerem z wielką wizją, gotowym konsekwentnie trzymać się swych poglądów. Zapłacił jednak dużą cenę za złe wyczucie czasu.

W sferze blogów czas rzadko ma znaczenie. Blogerzy działają na całkiem innym poziomie niż praktycy. Kim Asger Olsen de Origo ujmuje to jako dychotomię: Hipotetyczny Czas Ekonomistów (HCE) kontra Czas Realnego Rynku (CRR). Uważa on, że podczas gdy praktycy, czyli ci, którzy zarządzają pieniędzmi i poprzez to wywierają wpływ na rynek, są zmuszeni działać w CRR, jeśli chcą zarobić pieniądze dla swoich klientów, to blogerzy mają tendencję do pozostawania w HCE (co jest tylko łagodną formą stwierdzenia, iż z reguły zajmują się oni wciąż jeszcze tym, co w CRR już od dawna stanowi przeszłość).

Praktycy nie troszczą się teraz o Grecję, czy Portugalię. W CRR te kraje nic już nie znaczą w większej perspektywie. Dlatego, kiedy zyski z portugalskich obligacji zaczynają spadać, tak jak to się działo pod koniec stycznia, rynki po prostu na to nie reagują. Dla pozostających w HCE ów spadek wydaje się to zwiastować koniec świata, podczas gdy CRR-owcy wiedzą, że Portugalia nie będzie musiała finansować siebie z rynków obligacji co najmniej przez najbliższych 30 miesięcy. Dlatego nie przejmują się jej kłopotami, zamiast tego skupiając się teraz całkowicie na tym, czy Włochy i Hiszpania zdołają przetrzymać burzę i – biorąc pod uwagę ostatnie wyniki rynków europejskich– ich werdykt głosi, że zdołają.

Polityka prywatności