Ta strona używa plików cookies (ciasteczka) w celach statystycznych oraz by zwiększyć komfort korzystania z serwisu.     [x] zamknij

Nakręcanie wojen walutowych

Bankierzy centralni, walcząc ze słabym wzrostem gospodarczym i malejącą inflacją, wpadli na chytry plan: przerzućmy problemy na kogoś innego.

Skoro tak trudno jest pobudzić krajowy popyt za pomocą tanich kredytów w świecie najniższych, jak się da, stóp procentowych, następnym superrozwiązaniem centralnych bankierów jest zwiększenie popytu dzięki eksportowi. A sposobem na to jest dewaluacja waluty.


Bank Japonii działa tu najbardziej agresywnie, a jen w minionym roku spadł o 15% w stosunku do dolara. Wpływ tego na dane o handlu był stosunkowo powolny, ale wreszcie zaczyna się uwidaczniać. W październiku eksport Japonii skoczył o 9,6% r.d.r., dwukrotnie przekraczając oczekiwania.


Europejski Bank Centralny w ostatnich 6 miesiącach ogłosił wiele polityk, mających zwiększyć jego bilans. Im więcej ma aktywów, tym więcej jest płynności dostępnej dla gospodarki, a kredyt tańszy – powiada teoria. Ale nawet gdy stopy procentowe sięgnęły dna, ogromny wykup aktywów, prowadzony przez Fed i BJ, „doprowadził do deprecjacji stosownych walut" – zauważył kilka dni temu prezes EBC, Mario Draghi.


Wniosek z tego: skoro oni mogą, to my też.


Zaraz potem Ludowy Bank Chin uruchomił własne działania, ścinając swą jednoroczną stopę oprocentowania kredytu o 0,4 pkt. proc., do 5,6%, a stopę oprocentowania depozytów o 0,25 pkt. proc., do 2,75%. Z pozoru, te obniżki były odpowiedzią na czynniki krajowe, czyli malejącą inflację , słabnącą gospodarkę i spadek cen domów. Jednak wydaje się, że powodem była raczej aprecjacja renminbi w stosunku do jena.


Kurs chińskiej waluty jest sztywny, zatem nie zyskuje ona i nie traci więcej, niż bank centralny uzna za rozsądne. Jej aprecjacja wobec dolara (od wiosny zmiana z 6,25 do ok. 6,10) nie była miła, zwłaszcza że jen spadał, i wygląda na to, iż ponowne ściągnięcie w dół renminbi jest tylko kwestią czasu.


Jako że Japonia obniża wartość jena, ciekawe, jak długo inne gospodarki azjatyckie powstrzymają się od własnych dewaluacji.
Oczywiście, dewaluacja nie jest jedynym skutkiem, ani celem polityki poluzowania. Banki centralne mają też nadzieję pobudzić wewnętrzny popyt. W tym sensie, monetarne łagodzenie powinno zwiększyć globalny popyt i sprawić, że wszystkim będzie się wiodło lepiej.


Lecz na krótką metę, dewaluacja walut do gra o sumie zerowej. Na każdego zwycięzcę przypada przegrany.


Kiedy na rynki wschodzące napłynął zagraniczny kapitał, ich waluty poszły w górę, a ich obywatele poczuli się bogatsi i kupowali mnóstwo dóbr z importu. Ale gospodarki te miały kilka nienajlepszych lat i nie są już takimi motorami, jakimi się jawiły.


Wydaje się, że teraz to USA znowu stają się dla świata ostatnią deską ratunku, jeśli chodzi o eksport. Ich gospodarka się ożywia, bezrobocie spada, a Fed zastanawia się nad terminem pierwszej podwyżki stóp. To wzmocniło dolara i nieuchronnie sprzyja wzrostowi amerykańskiego importu.


Czy zakończy to deflację w Japonii? Nie zdołało w latach przed kryzysem finansowym, kiedy nadwyżka na jej rachunku bieżącym wynosiła średnio 3% PKB, a deficyt w USA zbliżył się do zdumiewających 6% PKB.

 

 

Skoro wtedy nie zadziałało, dlaczego miałoby teraz? Przykład Japonii jest też lekcją dla EBC. W ostatniej dekadzie Niemcy miały ogromną nadwyżkę na rachunku bieżącym, zwykle między 6% a 7% PKB. Dewaluacja euro prawdopodobnie wesprze niemieckich eksporterów, niekonieczne pomagając innym gospodarkom strefy euro.


Tym, czego zapewne dokona, będzie odtworzenie globalnego braku równowagi, który doprowadził do kryzysu finansowego.

 

 

Na podst. Bring On the Currency Wars, Alen Mattich, The Wall Street Journal

Polityka prywatności