Ta strona używa plików cookies (ciasteczka) w celach statystycznych oraz by zwiększyć komfort korzystania z serwisu.     [x] zamknij

Banki nadmiernie bezpieczne?

Banki zostały oplecione nowymi regulacjami. Jak zwykle w takich sytuacjach, jak po Wielkiej Recesji, spowodowanej przez kryzys finansowy z powodu nadmiernego entuzjazmu  inwestycyjnego, opinia publiczna żąda ukarania winnych, a banki podstawiły się same. Regulatorzy mają pole do popisu i skłonność do przesady. Niewątpliwie jednak dzięki temu banki stają się bardzo bezpieczne i przy okazji nudne.

Od początku kryzysu celem regulacji było rozerwanie błędnego koła między wielkimi bankami a rządami. Z uwagi na ryzyko załamania się całego systemu finansowego ratowano instytucje uznane za systemowo istotne, do których już wcześniej przylgnął termin „zbyt duże, aby upaść". Kosztem był wzrost deficytów w finansach publicznych i przyrost długu publicznego, który burzył stabilność finansów publicznych prowadząc do przyrostu długu publicznego, czego przykładami były choćby Irlandia i Hiszpania. Niedawno Rada Stabilności Finansowej (Financial Stability Board - FSB), zrzeszająca narodowe instytucje regulacyjne 20 największych gospodarek świata i Unię Europejską, przedstawiła propozycję nowej reguły, która miałaby sprawić, że upadek wielkiego, międzynarodowego banku, ograniczałby ryzyko kosztownego zaangażowania finansów państwa. Od 2019 r. miałyby utrzymywać bufor w formie papierów dłużnych i kapitału, wart od 16 do 20 procent aktywów ważonych ryzykiem.


Wydaje się, że to już ostatnia, nowa regulacja, która dotyczy kapitału. I oby tak było, gdyż banki tkwią w niepewności, a to podcina ich chęć do udzielania nowych kredytów. Ciągle zmiany sprawiają, że nie są w stanie ustalić minimalnej, wymaganej wielkości kapitału.


Już wcześniej zostały podwyższone współczynniki kapitału do średnioważonych ryzykiem aktywów. To właśnie poziom ewentualnego spadku tego wskaźnika badano w testach stresu EBC. Aktywa ważone ryzykiem maja tę wadę, że system wag jest subiektywny. Dlatego władze regulacyjne dołożyły współczynnik „lewarowania", czyli relację wszystkich aktywów do kapitału, liczonego w trochę szerszy sposób niż kapitał podstawowy. Działa ona jak prosty cep, nie odróżnia bowiem jakości aktywów pod względem ryzyka, zatem obligacje „śmieciowe" o tej samej wartości nominalnej traktuje tak samo, jak bardzo bezpieczne obligacje państwowe. Jak pogodzić jedno z drugim ?


Ustawicznym problemem banków jest płynność, dlatego że zbierają one krótkoterminowe depozyty, aby potem finansować nimi udzielane przez siebie długoterminowe kredyty. Kiedy wielu deponentów naraz usiłuje wycofać takie depozyty, wtedy bankowi może nie starczyć wolnych środków, aby je wypłacić; banki trzymają tyle gotówki, która nie przynosi żadnego oprocentowania, ile wypłacają przeciętnie każdego dnia z jakimś skromnym zapasem na nieprzewidziany skok wypłat (naturalnie, uwzględniają sezonowe wahania, np. okres przedświąteczny czy wakacyjny). Kiedy brakuje im płynności, próbują najpierw ściągnąć pieniądze z rynku międzybankowego, a w ostateczności proszą o pomostową pożyczkę bank centralny, który występuje wtedy w roli pożyczkodawcy ostatniej instancji (przypominam, że ta funkcja legła u genezy powstania banków centralnych, a nie prowadzenie polityki pieniężnej), aby uniknąć sytuacji, że odeślą jakiegokolwiek klienta z kwitkiem. Wieść o tym łatwo mogłaby przerodzić się w run na ten bank, a jego przejściowy brak płynności wzięty za objaw niewypłacalności (przypadek jednego banku w Bułgarii latem br., http://biznes.pl/magazyny/finanse/banki/panika-w-dwoch-bankach-czyli-skutki-kryzysu-bankow,5661875,magazyn-detal.html).


Aby zmniejszyć ryzyko takich sytuacji, w ramach porozumienia bazylejskiego III (Bazylea III) zaproponowano współczynnik netto stabilnego finansowania (NSFR), którego przestrzeganie ma zadbać o to, że niepłynne aktywa będą finansowane w dużej części przez długoterminowe depozyty zamiast przez odnawialne, jednodniowe depozyty z hurtowego rynku międzybankowego. W uproszczeniu: do stabilnego finansowania zaliczono depozyty klientów detalicznych i firm, długoterminowe depozyty od banków z różnymi wagami w zależności od długości ich trwania oraz kapitał udziałowy, a zatem ponownie wskaźnik dotyczy ilości niezbędnego kapitału. Można powiedzieć, że postąpiono świetnie z punktu widzenia potencjalnych zaburzeń płynności, ale długoterminowe depozyty jest trudniej pozyskać niż krótkoterminowe. Skutkiem tego długoletni kredyt będzie cierpiał i to już widać.


Jakby było tego mało, postanowiono zadbać o to, aby bank pozostał płynny, gdyby jakieś zaburzenie, np. kryzys bankowy, doprowadził do zamrożenia międzybankowego rynku depozytów na 30 dni (czyli cały miesiąc); podczas globalnego kryzysu finansowego trwało to znacznie dłużej. Współczynnik pokrycia płynnościowego (LCR) określa, ile płynnych aktywów banki mają posiadać w relacji do ich całości. Te płynne aktywa - to gotówka, bony skarbowe i obligacje rządowe, a ich suma powinna wynosić minimum tyle, ile wynoszą potrzeby banku na gotówkę w ciągu 30 dni.


Wszystkie te propozycje mają uchronić świat przed powtórką globalnego kryzysu finansowego z lat 2007-08, odbierając bankom apetyt na ryzykowne inwestycje utrzymywanie zbyt małej ilości kapitału w stosunku do zobowiązań. Czas dopiero pokaże, czy to się ziści. Osobiście wątpię, gdyż żaden następny kryzys nie jest powtórką następnego w sensie przyczyn – to inne instrumenty doprowadzą za wiele lat do kolejnej euforii i niedoszacowania ryzyka.


Bez wątpienia jednak zapał regulacyjny ostatnich lat pozbawił banki kolorytu podejmowania ryzykownych inwestycji, które bardziej przypominały grę w kasynie. Nowe regulacje stopniowo wymuszają powrót banków do podstawowej działalności, jaką jest udzielanie kredytów, ale łączy się to ze znacznie obniżonymi stopami zwrotu na kapitale udziałowców. Szczególnie dotyczy to wielkich banków. W rezultacie sektor bankowy staje się bezpieczniejszy za cenę utraty wyrafinowania. Już przed kryzysem krotność aktywów banków w stosunku do kapitału w USA wynosiła 23, a w UE jeszcze więcej. Utrata 1/23 wartości przez te aktywa, czyli trochę ponad 4%, oznaczała plajtę banku. Teraz stosuje się lewar 14, czyli wartość aktywów może spaść o ponad 7%. Bankom nie wolno już spekulować własnymi funduszami, mogą to czynić wyłącznie środkami klientów na ich życzenie, dlatego handel walutami, surowcami i obligacjami stał się dużo mniej intratny, nie mówiąc o bardzo niskich stopach procentowych i marżach. Duża część operacji instrumentami pochodnymi musi obecnie przechodzić przez izbę rozliczeniową, aby banki w porę uzupełniały niezbędne depozyty zabezpieczające te transakcje.


Nadchodzi - a może powraca - era nudnej bankowości bez fajerwerków.

 

 

Źródło: dr hab. Maciej Krzak, Biznes.pl

Polityka prywatności