Ta strona używa plików cookies (ciasteczka) w celach statystycznych oraz by zwiększyć komfort korzystania z serwisu.     [x] zamknij

Kiwając się nad zmianami klimatu

Jestem klimatologiem i byłym astronautą. Nic dziwnego, że mam głęboki szacunek do dobrze sprawdzonych faktów i teorii. W politycznej debacie na temat klimatu mogą one jednak gdzieś zaginąć.

We wrześniu członek Izby Reprezentantów, Republikanin Steve Stockman, stwierdził w parlamencie: „Czołowy naukowiec z NASA powiedział, że tym, co zakończyło epokę lodowcową, było kiwanie się Ziemi. (...) Siłą rzeczy, zapytałem, czy kiwanie się naszej planety jest uwzględnione w modelach klimatycznych. I usłyszałem, że nie. (...) Jak możecie uwzględniać jakiś element, by uwiarygodnić przyczyny globalnego ochłodzenia i ocieplenia, ale nie brać go pod uwagę w waszych modelach?".


Tym „czołowym naukowcem" byłem ja. W lipcu deputowany Stockman był na prezentacji na temat zmian klimatycznych w centrum lotów kosmicznych NASA im. Goddarda. Gdy pojawił się temat epoki lodowcowej, zapytał: „Jak możecie tworzyć modele przewidywania klimatu, skoro nikt nie jest w stanie mi powiedzieć, jakie były przyczyny epoki lodowcowej?".


Odpowiedziałem mu, że społeczność naukowców bardzo dobrze rozumie przyczyny początku i końca tej epoki. Serbski matematyk Milutin Milanković już w początkach XX w. stworzył na ten temat teorię. Obliczył, że najważniejszą rolę odegrały tu zmiany kąta nachylenia Ziemi i kształtu jej orbity wokół Słońca. O epoce lodowcowej można więc myśleć, jak o efekcie „kiwania się" naszej planety.


Wytłumaczyłem również, że chodzi tu o zjawisko w skali setek tysięcy lat i że nauka ma na nie dowody w postaci skamielin, których wiarygodność jest powszechnie akceptowana. Dodałem też, że tego rodzaju czynników nie uwzględniamy, prognozując, jaki będzie klimat w najbliższych 100 latach, bo taki okres jest zdecydowanie za krótki.


Sądziłem, że wyraziłem się jasno. Byłem więc nieco zaskoczony, gdy deputowany odparł, że w najlepszym wypadku, nie jesteśmy w stanie mu tego wytłumaczyć, a w najgorszym - nie mamy pojęcia o przyczynach epoki lodowcowej.


Mamy pojęcie. Wiemy też, co teraz dzieje się z klimatem. Częściowo, dzięki flocie satelitów, które mierzą puls Ziemi. Bez nich nie bylibyśmy w stanie stworzyć prognozy pogody z wyprzedzeniem dłuższym, niż kilka dni.


Dane z satelitów zasilają modele komputerowe, stosujące zasady dynamiki Newtona. Obliczają one, w którą stronę podążą prądy atmosferyczne, gdzie uformują się chmury i spadnie deszcz. Dzięki temu, możemy zaplanować weekend, a miasta przygotować na uderzenie huraganu.


Oprócz tego, satelity monitorują takie zmienne, jak powierzchnia lodowców, poziom mórz, temperatura na powierzchni oceanów i ich zasolenie, zmiany w wegetacji, zachmurzenie itp.


Są to dane kluczowe dla zrozumienia zmian atmosferycznych i oceny, czy są naturalne, czy związane z działalnością człowieka. Dzięki nim możemy też korygować modele klimatyczne, z których większość bazuje na tych samych teoriach, co prognozy pogody.


Jeśli więc dla kogoś modele te nie są wiarygodne, powinien też przestać ufać prognozom pogody i innym przewidywaniom, opartym na mechanice Newtona.


W ostatnim stuleciu temperatura na Ziemi wzrosła o prawie 0,8 °C. Uważamy, że głównym tego powodem jest zwiększenie emisji CO2, wskutek spalania paliw kopalnych. Jest niemal pewne, że do 2100 r. będziemy świadkami wzrostu temperatury o kolejne 2 °C, a może nawet więcej. Skutki tak nagłej zmiany będą olbrzymie. Im dłużej zwlekamy z przeciwdziałaniem jej, tym groźniejsze będą konsekwencje.


Fakty i uznane teorie są podstawą zrozumienia zmian klimatycznych i są zbyt istotne, by je trywializować. Ludzkość czekają trudne decyzje. Powinniśmy o nich dyskutować, korzystając z najlepszych danych i teorii, jakie nauka zdoła zapewnić.

 

 

Na podst. Wobbling on Climate Change, Piers J. Sellersnov, The New York Times

Zdjęcie: © Depositphotos.com/deosum

Polityka prywatności