Ta strona używa plików cookies (ciasteczka) w celach statystycznych oraz by zwiększyć komfort korzystania z serwisu.     [x] zamknij

Giełdy nie obchodzi, jak się czujesz

Od 19 września do 15 października indeks S&P 500 poszedł w dół o jakieś 200 punktów. Przeraziło to inwestorów, dopatrujących się w tym spadku i wzmożonej dziennej zmienności początku końca długiej hossy. Jednak zniżka zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.

Indeks znów jest na fali wznoszącej: już odrobił 10%, stracone, gdy zanurkował, a wielu ekspertów przewiduje, że do nowego roku zyska kolejne 5% do 10%.

 

Takie wydarzenia wpływają pozytywnie nie tylko na optymistów. Swoje podejście zmieniają również pesymiści.

 

Według najnowszego badania nastrojów inwestorów, w którym pytano ich o prognozy dla rynku na najbliższe 6 miesięcy, giełdowy optymizm sięga tegorocznego apogeum, natomiast nastroje pesymstyczne są najsłabsze od 2005 r.: tylko 15% respondentów oczekuje spadków. Z kolei wyjątkowe czarnowidztwo panowało na giełdzie w trudnym październiku, kiedy problemów spodziewała się 1/3 inwestorów.

 

Mamy do czynienienia z niezwykłą kapitulacją niedźwiedzi. Każdy, jeśli nie patrzy z nadzieją w przyszłość, to przynajmniej nie spodziewa się najgorszego. Spośród 1400 sondaży giełdowego sentymentu, przeprowadzonych od 1987 r., podobnie niski poziom pesymizmu odnotowano jedynie 56 razy.

 

Rzecz jasna, inwestorzy są notorycznie beznadziejni w dostosowywaniu swych emocji do sytuacji na giełdzie - są w tym co najmniej równie kiepscy, jak w wyczuwaniu, kiedy na rynek wejść, a kiedy z niego wyjść. Zamiast trzymać się zasady „kupuj tanio, sprzedawaj drogo", są pewni siebie i ufni, kiedy notowania są wysoko (i robią kosztowne zakupy), a boją się, gdy ceny spadają, nawet jeśli jest to naprawdę okazja do kupowania.

 

Badania potwierdzają też, że skrajny poziom nastrojów nie prowadzi ani do takich zwyżek, jak oczekują byki, ani do takich spadków, jak prorokują niedźwiedzie. W okresach naznaczonych wyjątkowym optymizmem inwestorów, indeks S&P 500 zyskuje średnio 2,7% w ciągu pół roku, a gdy różowy nastrój jest bardziej stonowany, dobija do 4,4%. Z kolei, kiedy pesymizm jest bardzo niewielki, średnie wzrosty wynoszą 4%.

 

Nauka, jaka płynie z ostatnich tygodni, jest taka, że krótkoterminowy hałas lubi zaburzać długofalowe myślenie. Według badań, inwestorzy najczęściej zaczynają sprzedawać, gdy spadek schodzi do 15% (a kupować, kiedy po odbiciu od dna jest co najmniej 15% zwyżka).

 

Ostatni lot w dół na szczęście nie sięgnął tego poziomu i nie zabolał na tyle, by popełniać podobne błędy, choć było blisko. Powinno to być przypomnieniem, że większości inwestorów lepiej się wiedzie, gdy inwestują na najbliższe 6 czy 16 lat, niż 6 miesięcy.

 

Co więcej, jeżeli inwestorzy dadzą się porwać optymistycznej fali, a zwyżka będzie się ciągnąć, nie będą mieli problemu z kupowaniem drogo. To zaś tylko zwiększy ich ryzyko bolesnych strat, gdy rynek znów zacznie się cofać. Uleganie emocjom jest powodem tego, że inwestorzy radzą sobie gorzej, niż ich fundusze inwestycyjne. Rozporządzanie pieniędzmi w oparciu o własne przeczucia bardzo rzadko opłaca się na dłuższą metę.

 

Sentyment może chwilowo wpływać na rynek, lecz w dłuższej perpektywie - zupełnie go nie obchodzi, jak się teraz czujecie. To, że ostatnie wydarzenia sprawiły, iż macie dobre samopoczucie, nie oznacza, że giełda zamierza iść w gorę. Jeśli więc ktoś chce w coś zainwestować, powinien znaleźć do tego lepszy powód, niż to, że jest właśnie w świetnym nastroju.

 

 

Na podst. The stock market doesn't care how you feel, Chuck Jaffe, Market Watch

Polityka prywatności